Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

na nich imperator, gdyby im zabrakło mężów i ojców — dodał jeszcze Willibald.
A Serwiusz zwrócił się do reszty panów i wyrzekł:
— Niech was przysięga, złożona w moje ręce, nie powstrzymuje od czynu rozważnego. Jeżeli się troska o dom i rodziny zakradła do waszych serc, zwinę obóz natychmiast i cofnę się za Dunaj, aby odczekać w naszych lasach, aż nauczycie się ufać więcej swojej sile. Mówcie śmiało. Nie lękajcie się mojego gniewu.
Stłumiony szmer szedł od pana do pana, porozumiewali się półgłosem. Potem wystąpił Rudlib z koła i odpowiedział w imieniu naczelników.
— Zwycięztwo szło dotąd waszemi śladami, książę, i nie opuści was, choćbyśmy zostali sami w krainie rzymskiej. Tak wierzymy. Prowadźcie nas, silni naszą ufnością i posłuszeństwem. Gdyby się zaś bogom podobało cisnąć waszą krwawą głowę pod stopy imperatora, zginiemy z wami. A ten — wskazał na Willibalda — niech wraca do domu, by zapomniał na łonie niewiast o trudach niemiłej mu wojny.
Głośny szczęk mieczów potwierdził słowa Rudliba.
— Niech żyje książę! — zawołali naczelnicy.
— Pamięć potomnych wynagrodzi wam odwagę i wierność — wyrzekł Serwiusz, a zwróciwszy się do Rudliba, rozkazał:
— Szlachetny Rudlib zaniesie orędzie moje królowi Wadomarowi. Jutro ze świtem wyruszą Jazygowie i Kwadowie z nami drogą Emiliusza. Za