Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dni dziesięć zastukają nasze pociski do bram Rzymu. Reszta zostanie pod Akwileą, by dokonać rozpoczętego dzieła. Po zdobyciu miasta pośpieszą Markomanowie królewscy za nami.
Już zabierał się Rudlib, by spełnić polecenie księcia, kiedy się przed namiotem ukazał Herman. Biegł widocznie z wielkim pośpiechem, bo stanąwszy przed Serwiuszem, nie mógł z siebie wydobyć słowa. Pot spływał mu z czoła, piersi pracowały gwałtownie.
— Przynosisz świeże wiadomości? — zapytał Serwiusz.
Herman zrobił głowę znak potwierdzający.
— Wiadomości niepokojące?
Herman otwierał usta, chwytając powietrze:
— Czy Kwadowie odmówili dalszego udziału?
— Poselstwo imperatora! — wybuchnął stary setnik.
— Imperatora? — szepnęli panowie.
Ten i ów pobladł i obejrzał się po za siebie, jakby czuł za plecami zbliżające się widmo potęgi rzymskiej.
— Jakie poselstwo? Gdzie? — mówił Serwiusz. — Zbierz zmysły i odpowiedaj rozumnie!
— Do króla Wadomara! Przybyli senatorowie z wielką świtą i przywieźli dary imperatora. Książę Jazygów wezwany. Wszyscy naczelnicy Markomanów i Kwadów obradują. Imperator obiecuje przebaczenie.
Herman mówił szybko, wyrzucając z siebie wiadomości bez porządku.
— Stary! — mruknął Serwiusz, zasępiwszy się. —