Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

inni, bo prowadziliście nas dotąd do zwycięztw, okrywszy nasze imię sławą niebywałą. Ale czyście rozważyli, książę i wy szlachetni panowie, że została przy nas zaledwie dziesiąta część tej siły, z którą przekroczyliśmy Dunaj?
— Odpadła tylko niesforna hałastra — wtrącił Rudlib.
— Pozwólcie mu skończyć — napomniał Serwiusz.
— Odeszli także Burowie — mówił Willibald — a słyszałem wczoraj w obozie Kwadów i królewskich Markomanów głosy zniechęcone. Żołnierz spogląda z troską o niepewne jutro, zagrożone zemstą Rzymu. Trwoży go cisza, otaczająca zewsząd i wietrzy w niej podstęp ukryty. Doszły wieści, iż sam imperator wyruszy przeciw nam w pole.
— Wieści te przyniosły zające na skokach, stworzonych do ucieczki — odezwał się znów Rudlib wśród ogólnego śmiechu panów.
— Jeszcze Willibald nie skończył — napomniał Serwiusz powtórnie.
— Nabraliśmy niewolnika i łupu tyle, ile żaden z naszych poprzedników — prawił Willibald, rzuciwszy Rudlibowi spojrzenie nienawistne — przeraziliśmy Rzym na długie lata, utrwaliliśmy sławę naszego oręża. Nie lepiejże wrócić do domu zwycięzcami, gdy nie wiadomo, co nieznane jutro dla nas gotuje?
— Czy skończyliście? — zapytał Serwiusz, kiedy Willibald zamilkł.
— Obawy moje podszepnęła mi miłość do naszych żon i dzieci, okrutnie bowiem pomściłby się