Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ciu całej, zjednoczonej potęgi rzymskiej nie stawilibyśmy czoła. Idąc natychmiast na Rzym, powalimy tego olbrzyma na nogach glinianych, a wieść o naszym czynie roznieci przygasłą od pewnego czasu nienawiść Hiszpanii i Galii i ujarzmionej Germanii nadreńskiej, aż buchnie naokoło płomień szeroki, co strawi ostatecznie cesarstwo, świecące już tylko odblaskiem dawnych, spróchniałych tryumfów.
Zamilkł powtórnie, obrzucił naczelników badawczem spojrzeniem, potem zawołał głosem donośnym:
— Kto z was chce zasłużyć na wdzięczną pamięć potomnych, kto pójdzie ze mną jutro do Rzymu?
Odpowiedział mu brzęk mieczów, uderzonych o tarcze: panowie zgadzali się na zuchwałą wyprawę.
Jeden tylko Willibald nie podniósł broni.
Spostrzegł to Serwiusz, przeto zwrócił się do niego:
— Jeśli wam duchy przodków podszeptują myśli lepsze, podzielcie się z nami przestrogą rozumną Na radzie jesteśmy.
— Na wojnie nie radzi żołnierz, lecz słucha — mruknął Willibald, uśmiechając się urągliwie.
— Tak was uczyłem, ale w chwilach ważnych powinien każdy naczelnik rodu wesprzeć wojewodę słowem uczciwem. Słuchamy!
Willibald obejrzał się chytrze wokoło i odparł:
— Uczynię, co uczynią wszyscy naszego plemienia, bo tak nakazuje mi przysięga, złożona w wasze ręce, dostojny książę. Pójdę za wami, dokąd pój-