Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Zrazu ciągnęła za nim cała Germania, potrzebując przewodnika, świadomego dróg i rzymskiej sztuki wojennej. Wkrótce jednak prysła ta olbrzymia fala na setne odłamy i rozlała się szeroko na prawym brzegu Dunaju.
Półnaga dzicz lasów północnych, nie przywykła do karności cywilizowanego społeczeństwa, nie rozumiejąca doniosłości zjednoczonych sił i ześrodkowanej władzy, pijana łatwem zwycięztwem, rozprzęgła się i zaczęła wojować po swojemu, gromadami, bez planu i porządku, pod dowództwem naczelników plemion.
Swawolnej gospodarce luźnych hufców nie przyświecała żadna myśl polityczna. Każdy chciał nabrać jak najwięcej niewolnika, bydła, kosztownych sprzętów i wrócić czemprędzej do swoich siedzib, objuczony łupem.
Niesforność ludów, które trzeba było dopiero wychowywać, żeby stały się posłusznem narzędziem w ręku rozumnego wodza, obezwładniła wolę Serwiusza. Codziennie schodziło z wytkniętego szlaku jakieś plemię, odrywała się od całości jakaś cząstka i przepadała bez wieści.
Im więcej oddalał się Serwiusz od granic Germanii, tem mniejszemi rozporządzał siłami. Alpy przekroczyli z nim już tylko Markomanowie, Kwadowie, Jazygowie i Burowie.
Ubytek narodów północnych, uzbrojonych w drągi i tarcze, ciągnących, zwyczajem barbarzyńców, z całym dworem, z żonami, dziećmi i niewolnikami, nie zmartwił wcale byłego prefekta legionów. Ta dzicz wrzaskliwa, potrzebna w pierwszej chwili do