Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

powiększenia grozy najazdu, zawadzałaby mu tylko w pochodzie na Rzym.
Lecz Burowie, sąsiedzi Markomanów, pojęli już znaczenie karności i łączności. Waleczni i posłusłuszni, znosili bez szemrania twardy porządek obozowy, przywykłszy do mowy rogów i komendy.
Odejście ich rzuci popłoch na trwożliwszych z pomiędzy Markomanów i Kwadów i może zniweczyć plany Serwiusza.
Bo... rzecz dziwna...
Zrazu pełni otuchy i butni, stygli Germanowie w zapale w miarę, jak się zbliżali do ogniska potęgi rzymskiej.
Ochoczo, z okrzykami radości powitali marmurowe miasta Italii, gdy się jednak pod Akwileą dowiedzieli, że za dni dziesięć mogą stanąć pod murami stolicy Cezarów, zaczęli się oglądać po za siebie, na drogę przebieżoną.
Przed nimi rozlewało się morze Adryatyckie, bezbrzeżne dla oka śmiertelnika, a za nią niezmierzoną siną wodą, drzemał ów straszny potwór, co trzymał ludzkość od tylu wieków w pazurach nieubłaganych. Setki narodów zdeptał, rozszarpał, pochłonął, tucząc się ich krwią, miliony ofiar cisnął pod stopy swojej wielkości. On żył jeszcze, pozornie zdrów i silny, i rozkazywał światu, uznany przez blizkich i dalekich.
Mieliżby oni, Markomanowie i Kwadowie, żebracy w porównaniu z tym mocarzem, zdławić olbrzyma, na którego nikt dotąd ręki nie podniósł bezkarnie?