Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

w myśli szybki przegląd wypadków ostatnich miesięcy.
Spadł jak górski potok na prowincye północne cesarstwa i zatopił wszystkie doliny, wsie i miasta, pozrywał wszystkie warownie, mosty i drogi, zostawiając za sobą krwawe pola, zasiane trupami zwyciężonych, zgliszcza, popioły, płacz branek, pędzonych za Dunaj, i przekleństwa rolnika, pozbawionego plonów całorocznego znoju. Jego służba jadła ze srebrnych naczyń panów rzymskich, jego konie piły z wiader porfirowych.
Szedł bez wytchnienia, skąpiąc żołnierzowi wypoczynku, by ubiedz znaną szybkość legionów. Szedł ciągle naprzód, przekroczył Alpy, uprzątnął z drogi Wiktoryna, a teraz stał od tygodnia pod Akwileą i objął ją straszliwym uściskiem. Po każdym szturmie zwężała się obręcz, przerzedzały się szeregi obrońców i przybywały wyłomy w murach. Za dni kilka weźmie bogaty gród kupiecki, zwany drugim Rzymem, kluczem Italii, a potem rzuci się na samą stolicę i zdusi ją, zanim „panowie świata“ ochłoną z przerażenia.
Tak marzył jeszcze wczoraj...
Ale dziś zrana opuścili Burowie obóz, nie zapytawszy nikogo o pozwolenie. A Serwiusz nie mógł ich zatrzymać, bo nie był ich księciem.
Nie mógł zatrzymać Longobardów, Ozów, Hermundurów, Wiktolów i wielu innych ludów, które odpadały od niego po drodze. Nawet Kwadów i Markomanów nie wiązała z nim przysięga wierności. Miał prawo rozkazywać tylko swojemu plemieniu.