Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I leć twą drogą! . . . bo nadto znędzniona
Gadzina – by jad dosięgł twego łona –
Tyś zbiegła na świat w chmurze piorunowej,
Nad tobą wieńcem szumi bór dębowy,
I leśni ptacy twoi powiernicy –
A orły w chmurach – to twoi krytycy. . . .
Tobie dość rano spojrzeć na wschód słońca
A wieczór słyszeć – ocean – bez końca. . . .
Nad którym ludu twego przyszłość świta
W płaszczu zórz jasnych i tęcz upowita –
Gardź podstępami – wznieś mi w górę głowę,
Jako portowa wieża zapalona,
I leć w miłości drogi postępowe,
Dumna – że wieńcem pokrzyw uwieńczona…
Radź się sumienia – chroń się jadu pychy,
Lecz dumę dołącz do uśmiechu Psychy,
W dół nie upuszczaj łzawych, dumnych powiek,
Chociaż nie jedna matnia na cię czeka,
Gdy cię ukąsi gadzina lub człowiek,
„Zrozum gadzinę – a podnieś człowieka! . . .”
Już czuję nowych krytyk formę starą,
O moja muzo! podpal mi cygaro. . . .
Tu mi się złamał pióra koniec twardy,
Snać nie satyry miejsce – –
                                                  Ale wzgardy!