Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uniesą w górę, jak orłów skrzydłami,
Ku słońcu jutra, co wstanie z nad łanów –
Niech ci zaświadczą hymnem odrodzenia
Tem – co cię szarpie dziś – wśród zapomnienia!
Gdy w piersi piekło – a w sercu posucha,
Zgrzyt zwątpień gorszy, niż dźwięki łańcucha,
Gdy naród chwilę jedną zwątpi w siebie,
Gorzej mu – niżby zgasło slońce w niebie!
I będzie długo nosił łuski w oku,
Aż w krwi je znowu obmyje potoku.
O Polsko! gniazdo ty cnót i chwały,
Na ziemię twoją rzucam się piersiami,
I jako matkę caluję ustami
Drżącemi czuciem, co twe rany ssały! . . .
Z miłością w duchu, co wziąłem po tobie,
Z boleścią, ktorą czuję na twym grobie,
Z poczuciem twego w dziejach zmartwychwstania,
Co cię na globie stawia jaśniejącą,
Już nie wskrzeszoną – ale wskrzeszającą,
W zorz brylantowwych purpurze świtania
Palmę ludzkości miłośnie dzierżącą,
Z mieczem, co słabych wznosi i obrania . . .
Ty z krzyża unieś dłoń tylko nade mną,
A będę szarpał szponami te struny,
Wśród spieki ducha, gdzie palą pioruny
Ale i świecą palące przedemną! –
W pożarze piekieł pyta cię pieśń moja,
Ziemio nad ziemie –
                                Gdzie dziś ziemia twoja!? . . .