Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I kiedy warknie dzwon jego peknięty,
To reszta dzwonów groźny hymn poczyna,
Pełen harmonii, jak w sferach poczęty,
Bogu się boskich rzeczy upomina! . . .
Jak wielka arfa w powietrzu, dziejowa,
Co nad dwa morza zawiesił Jehowah,
Akordem hymnu zlane przed ołtarzem
Słońca, co spada za Tatrów błękity,
Grają co wieczór rapsod dziejów – razem,
We łzach wieczornych zórz chrzczony i myty!
I stare lipy – i te nadwiślańskie
Topole z błoni kępy zwierzynieckiej,
W jednej harmonii hymn szumią, jak pańskie
Służebne – matki tej pszczoły szlacheckiej,
Która w bój poszła – bo tak dzwon Zwierzyńca
Krzyknął, – aż odwrzasnęli mu orłowie,
Na marmurowych tarczach, co Piastowie
Dzierżą tam przeciw obłudzie zdradzieckiej,
Jak gdyby w tarczę swą zagrzmiał od Tyńca
Bolesław Chrobry szczerbcem – na „jej” zdrowie! . . .
Wsłysz się w te dźwięki z kościuszki mogiły
Każdy – ktoś człowiek – a będziesz Polakiem,
Weń niech się wsłucha, kto wygania ptakiem,
Weń niech się polskie wsłuchają dziewice,
A w sercu każda stanie się aniołem –
Młodzian niech słucha, zanim apostołem
Ofiary życia zapali gromnicę! . . .
Arfo! niech dzwony świadczą ci tonami,
Niech cię przypadłą do Polski kurhanów