Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stanęła, szatę rozdarła z boleścią
I zarzuciła na cielsko z bezcześcią,
Tarzane w prochu ze śmiechem, co zgrzyta
Jak tygrys, i klnie opętanych rykiem,
Szałem wścieklizny zrozpaczone dzikim.
A młodzian cudny, jak Tobiasz dziewiczy,
Dźwigał to cielsko ojca, co na czole
„Szpieg!” miał wyryte iskrami, i liczy
Dni swe wiekami, w tej piekielnej szkole,
I marzył tylko, aby go przeklęła,
Bo się niegodzien czuł tego zaszczytu,
I przy nim córka, z źrenicą błękitu
Anielstwa pełną, dłonie wyciągnęła,
Ku wielkiej, jasnej, co na ręce wzięła
To ciało, ciężkie brzemieniem boleści,
I niosła w błękit, w cichej, dobrej wieści.
I zkądsić powstał taki płacz choralny,
Jak w sferach wszystkie lutnie archaniołów,
Co rozpłakane jękną śród żywiołów,
Kiedy w człowieku duch dobry zwycięża,
Gdy ludzkość w niebo ramiona wytęża! . . .
A dym piekielny był już całopalny,
I człowiek ten się za swoim aniołem
Idąc przez boleść – stawał apostołem! . . .
I jeszcze w dali, nowy trupio blady
Wstał mąż, jak gdyby ssał wszech wężów jady;
On się Moskalem zwał, choć czuł jak człowiek,
Przeto Polakiem został, i u powiek
Miał światłość, jako syn matce wydarty
A powrócony, choć piętno żałości,