Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nad wszystkie togi – nie szumiał – lecz śpiewał,
Jak liść na cichych grobach człowieczeństwa,
Co pokoleniom dzisiejsze męczeństwa
I bohaterstwa dzisiejsze zaszumi,
To łez swych kiedyś naród nie utłumi,
I głębiej czoła pochyli przed carskich
Ofiar tych hufcem, niż my dziś przed bracią
Tych, co nam gwieżdżą legionów i Barskich!
Gdy męczennica szła dalej, śród piekła,
Które zbawiła tym strasznym pochodem,
Gdy krok jej każdy brzmiał dziejów rapsodem,
Ręce na piersi złożone oblekła
W wieniec z kurhanów, wonny krwią i miodem!
I już rozrzucać jęła het! . . . te kwiaty,
Bo świat ten taki stawał się piekielny,
Że przy nim bladły Danta dzikie światy,
Bo się zśmiertelnił – choć był nieśmiertelny.
A przed jej stopy padła porzucona
Niewiasta grzeszna, blada, co do łona
Kamieniem tłukła, jako Magdalena!
I wczoraj jeszcze zwano ją Syrena,
A dziś już Marya! . . .
                  W włosach zakwefiona
Błagała okiem łzawem przebaczenia,
Aż podniesiona – jasna, oczyszczenia
Pełna, za Wandy, tej czerwonej pary,
Siostry anielskiej, dłonią uwiązana
Szła – cicha, niema, jako z żalów zwiana,
I cicho nucić jęła w smętnej cześci
Nutę żałosną, jak „hymn boleści!”
Tu nagle postać wielka jako wryta