Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przy niej najbliżej stąpa młodzian biały,
Smutny, w źrenicy z ogniem, a na czole
Gwiazdkę ma, kuli ślad na aureolę
Dany młodości jego; on tak śmiały,
Jak orzeł chrobry na tarczy Paistowej
Spokojny, cichy – lecz „zawsze gotowy!”
Młodzian ten niesie szaty jej krawędzie,
Co się z slowiańskiej tęczy blasków przędzie,
A której równej nie było, nie będzie! . . .
To typ młodzieńca Polski, co nie skąpił
Krwi dla tej matki, dla której w grób stąpił
W młodości! – Dla niej żadnemu z hetmanów
Na krok w ofiary chwale nie ustąpił,
A choć maluczki – Dawidem tyranów. –
A! to Starego miasta dziecię smętne,
Pełne miłości, zapałem namiętne –
Od wtórej strony przy nim, dłonią w dłoni,
Dziewica cicha, jak anioł pokoju,
Stąpa przy druhu , co ma cierń u skroni,
Oboje pełni męczeństwa – i znoju!
Z obu, jak z dwu lamp alabastrów grobu,
Jaśnieje miłość ta, co gwiazdą globu!
A jasna, wielka, postać wędrująca
Do siebie ręką przygarnia oboje,
Jako dwie lutnie, na jednakie stroje
                                                      Strojąca!
Ach! to czerwona para! miłująca,
Tryumfująca za czerwoność swoje,
Bo jej czerwoność z krwi serca przędziona!
Więc wspólnym płaszczem oblekli swe łona,
Co w fałd purpury aż ku ziemi spływał,