Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jako pochodnia w sumieniu caratu,
A przed nią jasna ducha gołębica
Leci, jak gwiazda jasna nad płomienie.
Padajmy na twarz! rozkosz! zachwycenie!
To matka! . . . Ci, co zrodzeni bez matki
Krzyknęli na jej widok, smętne dziatki,
I jako liści, ptaków, komet chmurą
Powiały . . . za nią . . . O którą-że którą,
Drogą ty idziesz?! . . . wołały żałośnie,
Posągu z gromów i łez! wiosno w wiośnie!
A skroń jej w takiej błysła aureoli,
Która jaśnieje tylko tem co boli,
I co przez piekła idzie, by je zbawić,
By tam nikogo „z sercem” nie zostawić,
Stąpa! . . .
                    Choć łańcuch dźwiga na swem ręku
Morze płomieni depcze – z mieczem łona ;
Skrzydła ma orle i idzie bez lęku,
Bo idzie w przyszłość i wskrzesza plemiona!
O! bo dostała na swem stanowisku
Wśród mąk piekielnych na Hioba śmiecisku!
Pod stopą chrzęszczą szkielety potężnych,
Ona przytula smutnych, ciemnych, mężnych;
Idzie przez ognie – depcze po potworach,
Jaśnieją pełne szatanów pieczary,
Ale gdzie stąpi na płomienne jary,
Uchodzą żmije przypadłe do ziemi,
A ona wzywa tych, co upadłymi.
I jako kwiaty budzi rosą ranną,
A mieni smutnych być powołanymi
I skroń ich zorzą otula poranną!