Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niach, orkiestra w momencie spadania zasłony wybucha w taki straszny śmiech zemsty tryumfującej, że całe piekło zda się w nim urągać. Co bezbronne mści się najmocniej – tak baranek Boży zemścił się na świecie, zbawiając go – tak się i Polska na nim kiedyś zemści! i tu przepaść, co ją od innych ludów dzieli i zawsze dzielić będzie! – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – Patrzcie dalej – na człowieka czystego jak łza a spotwarzonego, co idzie spokojnie uśmiechnięty cicho i pewnie. – Każden człowiek ma samowiedzę swego dobra, – która winna stać na straży pocieszającej u szczytu jego sumienia, to jest tak wysoko, by jego stóp żadne piany namiętności ludzkich nie dosięgły. Jeśli dosięgną, to znać że go nie ma, bo nie chce, lub mieć nie wart. – Tak jak i samowiedzę swego złego ma każdy – i przysłoni ją blask chwały i zamaskuje ją słowo taleyrandowskie, ale zdradzi je niechybnie uśmiech Piłatowy, ten blady, drżący na wargach i niepewny.

Czy to samo nie dostateczne, by się zastanowić nad istotą uśmiechu ludzkiego?.... A oto znowu czarowny uśmiech młodości, nieświadomej życia i jego piołunów – jak lekkie scherzenda w symfoniach Schumanna, lub impromptu’s Szopena, które przez łzy tak rusałczano się śmieją, których tony chichoczą tak czarująco, że przypominają to ciche bul! bul!