Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciera oczy) co mi jest? Czy to ja, czy nie ja… to boska istota!…

Olga
(Przestaje czytać.)


Dziwne – wczoraj jeszcze skończyłam tę podróż, a dziś znowu ją zaczęłam – ależ ta obrazowość – te myśli, to talent granitowy, w którym są żyły prawdziwego geniuszu…. Co za zarozumiałość! Zdaje mi się, jakby dusza bardzo mi pokrewna ją utworzyła! Pragnęłabym go kiedyś spotkać! To mój człowiek – jeśli nie mam zbytku dobrej opinii o sobie, to tego jednego bać bym się powinna, – czuję niebezpieczeństwo. – – Coraz smutniej mi na tym świecie, pełnym zgiełku i szumu – w sercu pusto – ta potrzeba kochania czegoś , przywiązania się, jest klęską, a zarazem rozkoszą każdej kobiety… natura tego powoju, co sam nie może ro0ść ku niebu….

(Wchodzi Edmund, niby szukając drogi laseczką.)

Ach! To ten nieszczęśliwy! Jaki on piękny… i on ślepy!... czegóż bym nie uczyniła, by przewidział… te włosy tak mu na to czoło spadają… co za szlachetna postać… on błądzi… trzeba mu pomóc –

(Biegnie naprzeciw i podaje mu rękę.)


Tędy, tędy – ja panu pomogę.

Edmund

Nieba – ten głos – ta ręka – przepadłem… (Głośno) Z kim mówię, daruje pani.