Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Kiedy okiem po licach Alpejskiej doliny
Toczyłem, dosłuchując ostatnich skowronków,
Łowiąc dźwięki pasących się w koło trzód, dzwonków,
Chmurą mgły od kaskady cisnął wiatr swawolny;
I na czoło mi spadła, jak usty dziewczyny
Rzucony szept westchnieniem, co nie pocałunkiem
Ale duszy powiewem... jak z drogiej krainy
Wspomnienie, zwierciedlące stron swych wizerunkiem,
O Verneyaz! Verneyaz! urocza dolino!
Szum twój tęskny, z błękitów tonią spokrewniony,
Jak szum wiosen młodości, namiętny, szalony,
Myśl plątaną w harmonie rwie marzeń krainą...
Z daleka słyszę piosnkę, czy echo piosenki...
Zda mi się pieśń od Polski… głos anielski, znany...
O! ciszej szumcie chwilę rozhukane piany,
Głos wasz namiętny płoszy te echa podźwięki.
Ciszej!... głos niknie w dali… wietrzyk nim powiewa –
Słuch wytężam z tęsknotą... cicho!... nikt nie śpiewa!...
To gdzieś w głębiach mej duszy głos się ozwał smętny,
Jak na falach bezbrzeżnych Oceanu mewa,
I gna wspomnień kaskadą w toń duszy namiętnej....