Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ta harmonia z mgieł, obszar ziem otulających,
Zdała się sfer harmonii echem.
                                 Już lecących
Ptasząt ujrzałem kilka; to ranne jaskółki
Zbudzone, w tych się toniach jak błękitu
                                 pszczółki
Zdały, a już skowronek począł psalm, co słońca
Budzi; i za lodami zgasła twarz miesiąca.
Wszystko zdało się czekać na wschód prze-
                                 czuwany,
Wodospady zdały się ciszej szumieć, ranny
Powiew już od lodowców wiał słabiej, i dzwonki
Z dolnych mgieł grały smętniej, umilkły sko-
                                 wronki...
Nad szczytami się niebo zrumieniło smugą
Różową, kraśną, krwawą, purpurowa, długą,
Co chwilami w fioletu zdała się odcieniach;
I gwiazdy poznikały na cichych sklepieniach,
Jak stado gemz spłoszonych, co pędząc z wi-
                                 chrami,
Sadzą nad tęczę kaskad, grzmiących otchłaniami;
A niebiosa bezbrzeżne, wielkie i rozwarte,
Zdały się jak pierś boga, duchowi otwarte…
I taka cisza stała się nagle w naturze,
Co tylko pochód słońca poprzedza lub burze.
I na skrzydłach wichrowych, w płaszcz swój
                                 purpurowy
Trysło nad iglicami strojne, gorejące,
Rozlało zdrój ognisty po nad ziemi końce,
Rozdarło mgły w przestrzeniach dolin, jak Je-
                                 howy