Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mieczem, wzniosło je w górę, roztrzęsło w błę-
                                 kicie,
I dwanaście mi jezior na jeden rzut oka
Odsłoniło!!!... tak cichych, jak samotne życie,
Zwierciadeł nieba, w których zagrało promie-
                                 niem.
Dusza, jak one cicha, jak one głeboka!...
Bo cierpienie jej szczęściem – a szczęście cier-
                                 pieniem!
I noc jak zakwefiona ze swemi chmurami.
Od dróg rozstajnych słońca uchodząc w pie-
                                 czary,
Od kaskady cisnęła garścią pereł rosy,
Co z szyi swej zerwała, i cichemi głosy
Strojąc lutnię wichrową, usnęła z gwiazdami;
Po za nią mgły uchodzą, jak snów wędzidłami
A już niebo i skały zdały się płomieniem
Pochodni zapalone, wodospady grały
Znowu głośniej; i trzody rzewniej podzwaniały.
Kwiaty jarów otwarły główki pochylone –
I wszystko, wszystko, wszystko! zdało się na-
                                 tchnione
Tą potęga twórczości, co zgina kolana,
Tęczami wiąże otchłań brzegi, kędy wstaje,
Budzi śpiących w ciemności, nad ludy roz-
                                 wiana,
I wstrząsa gromem życia, co znak życia daje!...
Alpy po Alpach zewsząd olbrzymio wstawały
Szeregami, piętrami, bez końca i końca.
Natura, jak dziewica z letargu wstająca,
Lasy, wody i wichry w hymn się rozszalały.