Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/008

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lud ten w świętalnych szatach płynąc, pieśni
                                 nucił
Weselne – rade, - których głos mi ducha
                                 smucił…
I na końcu okrętu, w około kotwicy,
Ujrzałem garstkę ludzi bladych i milczących,
Co nie śpiewali: - cicho stali wartownicy –
Ich pieśni inne, inne! pełne wspomnień drżących
Tęczami łez i gromów daleką przyszłością, -
Milczeli z jakąś straszną głazów ponurością;
I dłonieśmy ścisnęli po pierwszym spojrzeniu,
A spiew swój zanucili w pielgrzymiem wzru
                                 szeniu –
I przy nim lud umilknął w świętej grozie cały
A śpiew cichy rosł, wzlatał, olbrzymiał z skal
                                 w skały,
I Alpy Alpom echa jego powtarzały….
Dalszy, wyższy wygnańców tych cel niźli szczyty
Alpów. I pieśń wionęła porwana w błękity…
„Boże coś Polskę!...” brzmiało z falą u Alp
                                 proga
W pół skargi, pół wyrzutu. – pół – samego
                                 Boga!
Zwolna dziczały brzegi – w pianach zgasło
                                 słońce. –
Wstał księżyc, okręt szybko pruł błękity fali,
Wieże Konstancyi na tle Alp wystawały w dali,
Szczyty gór coraz wyżej darły się rosnące
Jako myśli ludzkiej dobiegłszy błękitu
Stają tęskne, lecz szczyt ich tutaj niema
                                 szczytu....