Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bo o ich nieautentyczności dowiedziałem się dopiero parę lat temu.
Tu rzucił ukradkowe spojrzenie na bratanicę.
— Przyzwyczaił się ksiądz dobrodziej do nich — dopomógł mu Proń — i teraz żal mu się ich pozbywać. Ale kto też ks. proboszczowi otworzył oczy na ten prawdziwy lubo niemiły stan rzeczy?
Pytanie znać wprawiło księdza w niemały kłopot.
— Ja — przerwała przykre milczenie panna.
— Pani?
Proń popatrzył na nią uważniej. Była bledsza niż zwykle i dziwnie poważna.
Nagle przyszła mu pewna myśl. Chwycił ją za rękę powyżej przegubu i, patrząc mocno w oczy, przycisnął tętno silnie wielkim palcem.
W jednej chwili dziewczyna zesztywniała jakby w nerwowym paroksyzmie; białka jej oczu podeszły w górę, twarz przybrała wyraz sennej maski.
— Hm... — mruknął zadowolony z odkrycia. — Teraz rozumiem.
— Co pan zrobił z nią, doktorze? — zapytał przerażony proboszcz.
— Nic, nic — to tylko niewinne całkiem doświadczenie. I łagodnie potarł jej ręką czoło u nasady nosa pomiędzy brwiami.
Panna przebudziła się i zdumiona patrzyła na obecnych.
— Co to było? Co się ze mną stało?
— Ależ nic, nic — uspokajał Proń, uśmiechając się życzliwie — pani tylko na chwilkę zasnęła.
— Ja spałam?
— Tylko przez chwilkę, przez bardzo małą chwilkę. Zresztą przypuszczam, stan ten nie jest pani zupełnie obcy i musiała go już pani nieraz przechodzić. Nieprawdaż?