Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I posypały się na stół czworogranne i trójkątne chusteczki, chusty, płatki i ręczniki z prostego płótna, delikatnego batystu, powiewnego „zefiru“, nawet z koronki lub tjulu z ciemno-bronzowemi stygmatami palców, dłoni, rąk, z fragmentami naszkicowanych tylko z grubsza twarzy, profilów, zarysami nosów, warg lub uszu.
— Oto owoc mych trzydziestoletnich przeszło poszukiwań i trudów — chełpił się proboszcz z naiwnie poczciwym uśmiechem dziecka, pokazującego starszym swe skarby. — Helu! Pochowaj to z powrotem!
— A ta szklana gablotka co mieści? — zapytał Proń, wskazując na podłużne, w srebrne ramy ujęte puzdro.
— Tam są fotografje i podobizny ludzi, którym dusze cierpiące w czyśćcu na dowód swego istnienia wypaliły znaki na ciele.
Panna Helena widząc, że uczony chce przejść do dalszych osobliwości w głębi pokoju, wstrzymała go uwagą:
— W tamtej partji nie znajdzie pan nic dla siebie zajmującego.
— Dlaczego? — zapytał przekornie. — Kto wie, może właśnie coś mi wpadnie w oko.
— Same niemal okazy wątpliwej autentyczności lub zgoła falsyfikaty i twory mistyfikacji — objaśnił gospodarz.
— A dlaczego ksiądz proboszcz, wiedząc o tem, toleruje je w swojem muzeum?
Ksiądz, trochę stropiony, spuścił oczy ku ziemi. Po chwili wyjąkał nieśmiało:
— Takie sobie zamiłowanie, taka sobie pedanterja zbieracza. Może słyszał pan doktór kiedy, że zapaleni filateliści zbierają z pełną świadomością też fałszywe i podrabiane marki? Zresztą trudno mi się z niemi rozstać,