Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Panna pochyliła głowę.
— Może — brzmiała po chwili cicha odpowiedź.
— A zatem — podjął gość — rewja muzeum skończona. Czy mają państwo może jeszcze coś do oglądnięcia?
— W drugim pokoju mieszczą się też zbiory. Tam też przechowuje parę ciekawych odlewów w gipsie i bronzie. Lecz sądzę, że na dzisiaj wystarczy panu przegląd pierwszej salki. Mamy zresztą czasu dość, gdyż nie puszczę pana doktora stąd tak prędko. Hora już canonica; trzeba czemś pokrzepić grzeszne ciało. Helu, czy wszystko przygotowane?
— Obiad na stole; proszę państwa do stołu — przerwała plebanowi miłej powierzchowności staruszka, wchodząc do pokoju.
Dr. Proń podał z galanterją ramię Helenie.
Przebieg obiadu był miły i wesoły. Niewymyślne lecz smakowite potrawy, zakropione staropolskim miodem wzmocniły ciała, podniosły humory.
Po ostatniem daniu wniesiono czarną kawę, z którą mężczyźni przenieśli się do saloniku. Proboszcz, zamknąwszy drzwi od przyległego pokoju, rozsiadł się wygodnie w staroświeckim fotelu i pykając z długiej piankowej lulki, podsunął gościowi skrzynkę z papierosami. Proń, wypuściwszy parę dymnych skrętów pod strop salonu, rozpoczął poobiedną pogadankę:
— Kiedy założył ksiądz proboszcz swoje muzeum?
— W roku 1870, równo 42 lata temu. Miałem wtedy lat 30 i objąłem tutejszą parafję.
— Przypuszczam, że coś musiało wpłynąć na zamiar utworzenia muzeum; jakiś fakt, jakieś zdarzenie? Taki oryginalny pomysł nie powstaje ni stąd ni zowąd.
Ksiądz uśmiechnął się zagadkowo: