Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pracowników organizuje olbrzymie zespoły. Kto lepiej od nas pracuje i wytwarza na ziemi?
— To właśnie, to właśnie! Lecz wśród wszystkich tych zjawisk jedno was zaskoczyło straszliwie.
— Wojnę przegraliśmy z kretesem, sami jedni przeciw globowi ziemskiemu!
— Nie, nie to. Czyż pan tego nie widzisz? Masa się wam z garści wymknęła. Już ani Niedźwiedź, ani Fryc, ani Bismarck nie udepce jej, nie ujarzmi, nie ugniecie w żelaznych swych dłoniach. Masy nie macie, jak ją mieliście niegdyś. Wyszła poza was i stała się sobą. To jest wasza klęska najgorsza.
— A tam, dokąd pan jedziesz, masa nie chce być sobą, nie wyłamuje się z ręku?
— I tam, dokąd ja zdążam, masa staje się sobą tężeje jako lawa, wypływająca z krateru. I tam płynie ta klęska, równie dobrze, jak u was. Ale tam jest gmaszysko przestronne, olbrzymie, kolosalne, na całą kulę ziemską rozległe. Tam jeszcze pan znajdziesz przy wszystkich nowoczesności pozorach, maskach i snobizmach, podziemia, zapadnie, jaskinie, wieże tortur, trupiarnie, kostnice, Gibraltary, Malty, Indye — i inne, nory i dziury z dziesiątego wieku, w których działają obcęgi i kuny metodami z wieku czwartego. Tam jeszcze stoją interesujące zamki Lady Macheth. Śmieszna to była pycha wasza, żeście się z tamtymi ludźmi równać zamierzyli. Czyż wy jesteście takim gmachem? Tyleście zyskali, że wasz stary Malborg z jego tajnemi schodami i gruboskórną jego legendą prześwietlili światłem elektrycznem, ażeby was było widać wzdłuż, wszerz i naprzestrzał. I widać was, jak na dłoni.