Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


półwyspu, świecił jaskrawo okien szeregiem i sunął po niskiej, przymorskiej ziemi. Zdawało się, że mknie po powierzchni morza.
— Patrz pan, patrz! Pociąg na Helu... — mówił do Niemca angloman.
— I cóż? Śmieszna impreza Polaków.
— Mówiłeś pan, że to barbarzyńcy. Tymczasem oni wybudowali kolej tam, gdzie wy zostawiliście barbarzyństwo.
— Mógłbym dużo śmiesznych anegdot o tej tam kolei powiedzieć. Ale szkoda na to czasu. Wybudowali ją pod przymusem wypadków, ze strachu.
— Ejże! Ten pociąg nawiezie ich tu z głębi lądu. Obsiądą ten przylądek i zaludnią. Wysypią na piaski z jednej i drugiej strony tysiące tysięcy dzieci. Uczynią z jałowego pustkowia południową plażę w tych północnych wodach. Będą się tu leczyli i nabierali zdrowia. W siły tu porosną. Będą tu wypłókiwali wszystek brud i skarlenie swe, w niewoli nabyte. A gdy się dobrze nauczą myć, czesać, kąpać, — a gdy się jeszcze nauczą powaszemu zamiatać, szorować, — no, i pracować, — biada, synowie Bismarcka!
— Nigdy się nie nauczą myć, czesać, kąpać. A już ponaszemu pracować — przenigdy!
— Dobrze jest mieć w sobie, na składzie większe zapasy pewności swego dostojeństwa. Owszem. Ale muszę jedno szepnąć w zaufaniu. Już te bramy piekielne, któreście, — powiedzmy, — któreśmy tutaj wielekroć nad nimi zatrzaskiwali, ta pokrywa szczelna i z dobrego żelaza, — zardzewiała, połupała się i pękła na zawsze. Nigdy już nie odzyskacie Pomorza!