Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale ona was się wyrzekła. Zresztą, mnie osobiście, robota istotna, robota w moim, to znaczy, w wielkim stylu, nastręcza się gdzieindziej.
— Gdzież to?
— Gdzieindziej. Tam, gdzie jeszcze naprawdę handlują ludami, ziemiami, prawami, cudzemi niepodległościami i prastarą kulturą. Tam, gdzie jeszcze kłamią w żywe oczy, mając na obliczu bezczelną a wspaniałą maskę nieposzlakowanej prawdy i cnoty. Tam jadę ofiarować swe usługi.
— Ha — szczęśliwej podróży!
— Z wami, cóżbym tu teraz robił? Zapisać się na śląskiego, lub wschodniopruskiego najmitę z nożem w rękawie, lub ręcznym granatem w kieszeni. To wam wykona, według zleceń, prawą lub lewą ręką każdy dobrze płatny parobek. A ja mam jeszcze, oprócz ręki, także i głowę. Moja głowa nie ma już dla was tęgich myśli. Stoicie na rozdrożu nowych gościńców, wiodących do krainy cichych cnót i zgodnego posłuszeństwa każdemu, nawet cudzemu, prawu.
— Mylisz się pan grubo!
— Nie mylę się. Będziecie robili w cnotach, jak umiecie robić w sklepikach, porządnie i systematycznie. Maluczko, a ockniecie się w ramionach braci Polaków, tudzież łzy miłości będziecie w ich brudne kamizelki wylewać. Przebaczycie sobie nawzajem winy, odpuścicie grzechy, zapomnicie starą przeszłość, podacie sobie prawice, wykreślicie najsprawiedliwsze na świecie zazębienia gminy o gminę i, każdy w swoim kraiku, albo przetasowani pomiędzy sobą w miastach mięszanych, będziecie zgodnie i nazawsze pracowali nad nor-