Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


co mię dawniej interesowało. Nastaje tu martwy spokój, którego nie znoszę. Niema tu już niemieckiej duszy i pasyi.
Blondyn przysunął się do bruneta i zapytał go zcicha:
— Pan pracowałeś w niemieckiej robocie?
— Być może, — rzekł angloman.
— Czemuż ją pan rzuca? Tacy ludzie są nam potrzebni.
— Tu już niema i nie będzie dla mnie roboty. Markgrafowi Geronowi zastąpił drogę jakiś ciemny, a podstępny Mieszko. Spojrzeli sobie w oczy — i, o, dziwo! — postanowili zawrzeć zgodę. Jeszcze jej nie zawarli, ale ja zawrą. Cóż ja tu mam do roboty?
Tęgi Niemiec zaśmiał się grubo.
— Śmiej się pan... — rzekł brunet. — Stanęła już w miejscu wasza siła i dalej na wschód się nie pomknie. Przeciwnie. Będzie się na zachód odginała. Widziałeś pan, co się stało z Poznaniem, Bydgoszczą, Grudziądzem? Czy wiesz pan, co za lat kilka będzie z Gdańskiem! Niemcy się polszczą. Przypominają sobie dawne swoje słowiańskie pochodzenie i — horrenda się dzieją. Zresztą, w głębi was samych słabe cnoty zaczynają pulsować. Wyciągacie stare szlafmyce i pantofle. Stajecie się potulni i zgodni.
Blondyn żachnął się głośno, a groźnie zaprzeczył.
— Nie zaprzeczaj pan. Umiecie gniewać się i perorować, ale już robić na całego po dawnemu nie zdołacie. Ja wiem dobrze.
— Nigdy się nie wyrzekniemy tej ziemi!