Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/077

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Jakże to? Nilus?
    Starzec ów w izbie pustelniczej pod Bari, w cieniu odwiecznych dębów Valla Luce? Dzban wody i garść zeschłej figi. Kamień w kącie izby, jako poduszka pod głowę. Uboga i znoszona szmata, jako odzież. Święte pismo tworzonych z trudem palimpsestów na starannie zatartych rozpustnych utworach starożytnych pisarzów. Poznanie się, pozdrowienie, wejrzenie oczyma w oczy, objęcie duszy przez duszę. Rozmowy czarujące nie o tym świecie, lecz o tamtym, odnalezienie w sobie samych substancyi anielskich i pobratanie się ich, zaznajomienie do najgłębszej iścizny, ażeby samowtór iść ku światłu wiecznemu. Praca nieustanna, wytrwała, w każdej minucie z temsamem podejmowana męstwem, ażeby pokonać w sobie zwierzę, rozpustnika, łotra, zbójcę, okrucieństwo, tyranię, żądzę sławy i nałóg dosytu. Wysiłek wieczny, ażeby wyłamać ze siebie istność inną, ponadzwierzęcą i ponadludzką, anielską. Wysiłek wieczny, ażeby być nieznanym, zapomnianym, być zdala od wszystkiego, co jest sławą, być pokornym, być cichym, być niczem, być sobą samym, być dobrem dla dobra, być uśmiechem i w łasce.
    — O, mistrzu, o bracie... — westchnął apostoł, — ave, atque vale...
    Rozchyliły się połacie nowocerkiewskich, jemlickich i leczkowskich lasów. Wielka rzeka, wyrwawszy się ze stromych swych brzegów, poszarpanych w dzikie jary, płynęła przebogatą, urodzajną niziną, którą sobie sama usuła pospołu z morską pracą sprzeciwu. Olbrzymie białodrzewa, wiązy, wierzby i brzozy zasłaniały