Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głową, wyraźnie głową, odpowiada za przyjęcie nowego pasażera do pociągu! Pociąg jest już przeładowany, nabity. Na każdym niemal przystanku rewizya przegląda papiery uprawnionych do jazdy z tym eszelonem. Za przemycanie choćby jednego człowieka zagraża kara główna. Kara główna!
— Nie mogę! Z żalem, z najserdeczniejszym żalem, kochany panie Sewerynie... Nie mogę! Zwłaszcza dwu ludzi! Nie mogę! — jęczał przewodnik.
Radził poczekać na następny eszelon, który wtedy a wtedy, pod takim a takim przewodnikiem ma nadejść. Tamten może będzie miał mniej ludzi, może będzie mógł przyjąć. Seweryn Baryka poniżył się do próśb najniższych. Błagał. Skamlał. Zaklinał. Rzucił się do rąk inżyniera Białyni. Zapłakał okropnym starczym płaczem... Nic to nie pomogło. Nie mogło pomóc. Daremne były prośby i certacye. Białynia tłomaczył szeptem, na ucho, że przecie łatwiej jest im zaczekać, nieco zaczekać na następny pociąg, niż skazywać jego, Białynię, rodaka, dobrego znajomego, ba! przyjaciela, na utratę życia. A życiem, — życiem! — swem odpowiada — i t. d. Cezary nie słuchał perswazyi. W sposób ostry i gruby oświadczał, że ojciec jego dłużej czekać nie może, — że żyją tu od tygodni, jak troglodyci, czekając właśnie na możność wyjazdu, — a gdy ta możność nadchodzi, każą im czekać! Jakże tu czekać! I na co? Czy na nową odmowną odpowiedź? Czemuż to inni mogą jechać, a oni żadną miarą nie mogą? Białynia znowu począł tłomaczyć, że nie tylko oni dwaj, lecz i inni z Charkowa. Zgłaszały się setki i setki petentów, a odmówił, gdyż...