Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Do certujących się podszedł z tyłu jakiś człowiek, również podróżny, jadący tymsamym pociągiem. Przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu. Gdy Białynia jeszcze bardziej stanowczo, kategorycznie, właśnie wskutek grubych argumentów młodego Baryki, odmawiał, — tamten pociągnął Seweryna za kurtę i popchnął go ku końcowi pociągu. Sam przemówił do inżyniera Białyni:
— Śmierć? Śmierć za zabranie tych dwu?
— Śmierć! — krzyknął inżynier.
— Śmierć — możliwe, — wszystko możliwe. Ale ich zabrać musimy,
— Ja ich nie biorę! — wołał głośno Białynia. — Nie biorę! Nie biorę!
— To też nie ty ich bierzesz, tylko ja. Zwalisz winę na mnie. Jeżeli się wykryje, zwalisz winę na mnie. Ty o niczem nie wiesz, pierwszy raz słyszysz — »znat’ nie znaju, wiedat’ nie wiedaju«, — ja ich pod sekretem, w tajemnicy przed tobą zabrałem. Ja za nich łbem odpowiadam: kwita.
Białynia zakotłował się na miejscu, zatupał nogami, zapiszczał od niezbitych argumentów, ale tamten drugi, — chudy, wysoki, przygarbiony, — popędził przed sobą Baryków. Kazał im przeleźć pod wagonami na drugą stronę i sam przełazi na czworakach. Potem biegli we trzech, chyłkiem, co tchu, aż na sam koniec ogromnego szeregu milczących wozów. Przy ostatnim wagonie ów czarny wgramolił się na stopień, wiszący kędyś wysoko nad ziemią, z trudem niemałym odryglował zamek i odciągnął drzwi zasunięte, skrzypiące zjadliwie na mrozie. Wezwał obydwu niecierpliwym rozkazem: