Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I oto pewnej nocy dano znać: — pociąg! Seweryn i Cezary rzucili się do stacyi. Tutaj o pociągu, niby to, nic słychać nie było, lecz wieść sekretna dawała znaki i ostrzegała na migi: — nadchodzi!
Obadwaj Barykowie nasłuchiwali. Starszy był tak zdenerwowany, rozstrojony i słaby, że ledwie mógł utrzymać się na nogach. Zdawało się, że przypadnie do ziemi i będzie nasłuchiwał. I oto w ciszy nocnej daleko — daleko rozległo się dudnienie głuche, zwiastun upragniony. Stali obadwaj, nasłuchując, na stacyi słabo oświetlonej, ponurej i pustej. Dudnienie zbliżało się, wzmagało, rosło. Zamigotały daleko ruchome światła latarni. Wreszcie pociąg, ogrom ciemno-szary, wtoczył się na stacyę i stanął. Był to szereg wagonów z obmarzniętemi oknami i drzwiami. Sędziwe sople wisiały, jak kudły i kłaki, z tego pasa ruchomych domków, na głucho zabitych, zatarasowanych, zamkniętych. Gdy Cezary poskoczył i probował otworzyć jedne, drugie, trzecie, czwarte i dziesiąte drzwi, daremnie wyłamywał sobie palce i wykręcał dłonie. Wszystkie drzwi były niezdobyte. Z ostatnich wagonów wysunął się jakiś człowiek i szybko zdążał do dworca w poszukiwaniu władzy. Dwaj wędrowcy rzucili się do niego i, nie pytając, kim jest, zasypali go prośbami o wpuszczenie do pociągu. Okazało się, iż jest to właśnie przodownik, inżynier Białynia. Seweryn znał tego człowieka przed laty za swoich urzędniczych czasów. Począł mu się przypominać i błagać o łaskę, o pomoc, o litość, o zabranie. Tamten przypomniał sobie Barykę, — jakże, — kochany pan Seweryn, — Symbirsk, — dawne dobre czasy! — lecz nic uczynić nie mógł. Nie mógł!