Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obraną drogą. Byłby skończył roboty grabarskie, rzucił łopatę i stanął między ludźmi tworzącymi. Teraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, której ani znał, ani pragnął. Ojciec narzucił mu ideał obcy duszy i niezrozumiały, niepożądany i trudny, ckliwy i bezbarwny. Nie sam zresztą ten ideał, lecz przymus tolerowania, piastowania i uległej tolerancyi względem niego był nie do zniesienia. A tymczasem egoizm Seweryna Baryki w sprawie narzucania tego ideału nie zmiejszał się, lecz powiększał. Ojciec nie narzucał synowi swej tęsknoty i żądzy powrotu, lecz sam trząsł się i jęczał, jak niegdyś matka. Możnaż było nie pomagać mu w sprawie powrotu?
To też Cezary wystawał codziennie przed biurem, badał urzędników i zbierał wiadomości w mieście. Wreszcie pochwycił wieść upragnioną. Pociąg miał nadejść! Był to ogromny eszelon, wiozący mnóstwo Polaków do kraju. Niestety, sygnalizowano już z dala, że miejsca niema i że nikogo z Charkowa zabrać nie mogą. Cezary poruszył wszelkie sprężyny, żeby zabezpieczyć sobie w tym pociągu dwa miejsca, i czekał dniami-nocami. Nie wiadomo było, oczywiście, kiedy nadejdzie. Przewidywano, iż zatrzyma się w Charkowie na bardzo krótko, może na parę minut, właśnie w celu uniemożliwienia oczekującym wpakowania się do tego pociąga. Przewodnik wiozący reemigrantów, który przed władzami sowieckiemi odpowiadał surowo za przekroczenie instrukcyi, dawał znać naprzód, zdala, iż nikogo nie zabierze. Cezary nie tracił nadziei i wartował osobiście, albo za pomocą łańcucha życzliwych, którzy litowali się w tem morzu bezlitości nad jego ojcem.