Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czarnego Morza »potańcowali maleńko«. Odwiedzał sale meetingów, nabite nie przez Tatarów i Ormian, zjuszonych na siebie, jak to miało miejsce w Baku, lecz przez lud pracujący ruski, małoruski, rumuński, żydowski, polski, jaki kto chce, lecz jeden, niepodzielny, robotniczy. Słuchał tutaj mówców pierwszorzędnych, wszystko jedno jakiej proweniencyi, lecz wysuwających i rozwijających rzecz rewolucyi w sposób nieubłaganie logiczny, jasny, niezwalczony. Zachwycał się szczególniej mówcami pochodzenia żydowskiego. Ci z fenomenalnem jasnowidzeniem ujawniali geniusz swej rasy, zdolność docierania do najgłębszej, najostatniejszej iścizny, do samego sedna spraw ludzkich, — odsłaniali słabość i miejsca chore, zgniłe, obumarłe konającego świata burżuazyi i ofiarowywali pracującemu ludowi swe najtrafniejsze pod słońcem rozumowanie o istocie i potędze przewrotu, który się właśnie dokonywał. Gdy się znajdował w tłumie słuchaczów, w ciżbie robotniczej, która za każdym zbawczym syllogizmem mówcy ciężko a zarazem radośnie wzdychała, gdyż te spokojne wywody zdejmowały, zdawało się, z ramion przeogromnego pogłowia skrzywdzonych ciężar niedoli, przymus, przekleństwo i sam nieszczęsny los bytowania w jarzmie, — Cezary wzdychał równie ciężko, jak oni. Jakże w takich momentach pragnął rozstać się z ojcem, wyprawić go w ów świat nieznany, w krainę mitycznej Polski, a zostać tam, wśród rozumnych i silnych! Jakże pragnął dołożyć ramienia do pracy nad realizacyą dzieła, nad skruszeniem aż do podwalin świata starego łotrostwa! Podziwiał i uwielbiał niezrównane zjawisko przewrotu, ukazujące się oczom