Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W dodatku wciąż zapadał na swe niemoce. Trzeba było podczas gorączkowania układać go w pewnej dziurze pod schodami, gdzie za dnia pozwalano choremu spoczywać. Setki ludzi przebiegały po tych schodach, tuż nad głową Seweryna, a młody musiał się temu przysłuchiwać z zaciśniętemi zębami i pięściami. Gdy się stawiał w urzędach bolszewickich i próbował domagać się pomieszczenia, traktowano go opryskliwie, choć się przechwalał i rekomendował swemi poglądami, a nawet czynami rewolucyjnemi w Baku. Był jednak polskim repatryantem. Znano się na takich farbowanych lisach. Nic nie mógł wskórać. Rodacy zaś nie kwapili się z pomocą, skoro o nią sam nie zabiegał.
W tym czasie zbliżył się duchowo do ojca, jak swego czasu do matki. Głęboka żałość i dojmujące ssanie wewnętrzne bolesnej litości łączyło się i przeplatało z żądzą życia. Cezary patrzał teraz na rozmach rewolucyi w jej pierwszym rozkwicie. Uczył się organizacyi rozmaitych: »rtuczeka« i »gubczeka«, »gubispołkom«, »narobraz«, »narkompros«, »sownarkom«. Zdarzało mu się widywać marynarzy o kwadratowych lub kulistych facyatach, spalonych i rudych, jak rondle, — pędzących automobilami poprzez miasto Charków, — dokądś, w jakimś kierunku. Biła od nich potęga ludzka, męska, niezłomna. Śpiewali swoje rewolucyjne pieśni, wyhodowane w poświstach wichrów na zrewoltowanych pancernikach, kiedy to oficerom, którzy ich ongi łomotali po tychże kwadratowych i kulistych kufach, przywiązywano wielkie, stożkowate armatnie kule do nóg i puszczano na głębinę, ażeby tam, na dnie