Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przeczekam i to. Ale powiedz, powiedz, Czaruś... »Pilnowałem, jak oka w głowie« tamtej broszury. Była ze mną w kilku setkach przygód, gdzie śmierć w oczy zaglądała. A tu w taki głupi, w taki strasznie głupi sposób nie dopilnowałem. Jakże można było zawierzyć! Cóż też za stary osioł ze mnie! Nie zostawię ci tej książeczki...
— Dzieciństwo, tatuś...
Cezary chciał jeszcze dodać, że przecie wie, co jest w tamtej broszurze, lecz zamilkł, spojrzawszy na twarz ojca. Brnęli poprzez kałuże i świeże śniegi, dążąc do swego noclegu.




Oczekiwanie na nowy, repatryacyjny pociąg do Polski potrwało, niestety, tygodnie. Długie i ciężkie tygodnie. Ukarani za pychę posiadania czystych koszul na zmianę, chodzili teraz w brudnych i nie wywijali bliźnim przed nosem chustkami do nosa. Pokosztowanie rozkoszy burżuazyjnych wymysłów przyprawiło ich o żal dokuczliwy, gdy tych wymysłów zabrakło. Nie mieli już nic, a nic do spieniężenia, gdy wyczerpały się pieniądze, które zachowali byli przy sobie. Gospodarz, krawczyna »rodem z Warszawy«, ani myślał trzymać ich w swej izbie, gdy się dowiedział, że im »czemodan« zasekwestrowano. Imali się najordynarniejszej pracy, ażeby przetrwać czas tak trudny. Wystawali na zmianę przed urzędem polskim, oczekując na wiadomość o pociągu, istotnie, jak żebracy. A nie można było nic przedsięwziąć, — chyba iść piechotą o kiju na zachód. Na to starszy sił nie miał.