Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zrobię to dla was, jeszcze raz pójdę. Poszukam... — westchnął poczciwiec. Poszedł. Znowu długo szukał. Wrócił jednak ze smutnem westchnieniem:
— Niema waszej walizki...
— Gdzież się podziała? — pytali, w pasyi, jeden przez drugiego.
— Czy ja wiem, gdzie się podziała! Niema jej.
— Ale pomyśl-że, towarzyszu, — perswadował Cezary. — Kwit...
— Cóż ty mi z twoim kwitem w oczy leziesz!... — odparł tamten nie bez gniewu. — Kwit twój widzę, a czemodanczika twojego nie widzę. Zrozumiałeś?
— Gdzieś go podział? — zaperzył się Cezary.
— Czy ja wiem, gdzie on się mógł podzieć? Niema go!
— Ukradli mi tę walizkę! — krzyknął Seweryn w uniesieniu.
— Złodzieje! — potwierdził Cezary.
— Oddawaj mi moją własność! — krzyknął starszy, chwytając za rękaw opiekuna rzeczy, złożonych na przechowanie.
Tamten flegmatycznie usunął mocną prawicą rękę Baryki i niemniej flegmatycznie oświadczył:
Słysz, towariszcz! Ty nie szumi. Bolsze pomałcziwaj. A co będzie, jeśli z powodu głupiej walizki do czrezwyczajki zajedziesz, zamiast do twojej tam Polski...
Seweryn Baryka pokiwał posępnie głową. Zamyślił się głęboko. Westchnął. Odeszli w milczeniu. Już za drzwiami gmachu kolejowego Cezary mruknął:
— Nie będziesz miał antypiryny na twoje bóle głowy. Bodaj to! Nie będziesz miał aspiryny. Nie mamy tej walizki!