Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tem jednak ruszyli na stacyę kolejową po walizkę, gdyż bez niej trudno było pomyśleć o jakiemtakiem urządzeniu się w tej gościnie. Na szczęście biuro składu, przyjmującego na przechowanie ręczne pakunki, było otwarte i tenże »parień«, który walizkę przyjął, siedział przy otwartem okienku. Barykowie okazali mu kwit z czerwoną pieczęcią, oraz numerem objektu i poprosili o wydanie im pakunku. Funkcyonaryusz wziął z ich rąk ową kartkę i poszedł z nią po walizkę. Długo jednak nie wracał. Czekali niecierpliwie, gdyż noc już zaszła, a chcieli przecie nocleg swój urządzić. Wreszcie ów »parień« nadszedł, ale bez walizki. Oświadczył z miną, pełną współczucia, że takiej walizki w składzie niema.
— Jakże może nie być, towarzyszu? — tłomaczył mu Cezary. — Przecie tu stoi numer, który sam wypisałeś. Sam na »czemodanie« przylepiłeś tenże numer. Wziąłeś »czemodan« z moich rąk. Sam go do składu poniosłeś. Prawda?
— Być może, iż poniosłem. Dużo pakunków noszę do składu. Być może, iż napisałem i przylepiłem numer. Dużo numerów piszę i przylepiam. Takie moje zajęcie. Ech, towarzyszu, takie moje zajęcie... — dodał z westchnieniem, przewracając oczy do góry.
— No, to idźże jeszcze raz i dobrze poszukaj!
— Szukałem, — rzekł kolejarz niechętnie. — Wszystkie kąty przeszukałem. Niema! Prawdę wam mówię, towarzyszu: niema!
— Jakże może nie być! — zaperzył się stary Baryka. — Kwit jest, pieniądze za przechowanie zapłacone, wszystko w porządku, to i pakunek być musi!