Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ludzkim w czynie najpotężniejszym od zarania świata, a wysnutym z logicznych przesłanek genialnego geometry, który inaczej, niż wszyscy dotychczas, niż najpotężniejsi z tyranów, podzielił i pomierzył okręg ziemski, swym systemem tryangulacyi na niewidziane. Ale gdy młody entuzyasta wracał do dziury pod schodami, czuł, że nie da rady. Ten ojciec, przychodzień mało znany, to nie było jestestwo bierne i czujące jedynie, jak matka. To był przeciwnik czynny. To był rycerz. Z jego ran, których na ciele miał pełno, sączyła się nie tylko krew, lecz jakoweś światło, uderzające w oczy. On nie tylko wierzył w coś innego, lecz śmiał inaczej świat kształtować. To, co mówił, było mgliste, wymyślone z rozbitej głowy, nawet śmieszne, ale z tem trzeba było potykać się, zaiste, na szpady. Czyż ten ojciec był burżujem, stronnikiem bogaczów i pochlebców bogaczów? — Nie. Czy był stronnikiem starego porządku rzeczy? — Nie. Jakże tedy, — dla czego nie chciał współpracować w sprawie przewrotu? Znał przecie tę potęgę, która wyzwalała robotników świata z pęt ucisku przemysłowców i zdzierców. Bywał na wszelakich wiecach w Moskwie i słuchał najciekawszych referentów. Nie tylko tyle, w drodze swej do Baku przewędrował całą Rosyę, przewiercił ją, jak ów małż niepozorny, skałotocz-palczak, który w ciemności swej przeszywa potężne skały. Znał nie tylko zewnętrzne agitacyjne meetingi i półzewnętrzne urzędy, na starych oparte śmieciach, lecz i tajne kancelarye nowych despotów, szpiegowskie zakamarki i obmierzłe więzienia, gdzie wskutek podejrzeń i na zasadzie szpiegowskich doniesień, siadywał ramię w ramię z tymi, których po