Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strzeni. Zapomniałem tylko, jak się to miejsce u licha nazywa...
— I cóż dalej?
— Miał tam istne łańcuchy tych dun, idące jedne za drugiemi, wzdłuż, wszerz i w głąb. A morze wciąż mu jeszcze podrzucało najczystszego piasku na to Barykowe wybrzeże.
— Morze zawsze ma przyzwyczajenie wyrzucać piasek na wybrzeże.
— Słusznieś to zauważył, choć niezbyt grzecznie.
— Nie dostrzegam w tem, com powiedział, nic niegrzecznego.
— Skoro to, coś powiedział, nie jest niegrzecznością, więc eo ipso jest grzeczną uwagą. Uczymy się, mój mały, do starości. Ja, naprzykład, dowiaduję się oto w tej chwili, jak wygląda grzeczność młodych rewolucyonistów. Ale wracajmy do tamtego doktora Baryki. Okazało się, że miejscowość, którą on nabył od niemieckiego posiadacza, położona na cyplu wchodzącym w morze, była niegdyś tam, w pra-prawiekach dnem jakiejś przedhistorycznej rzeki, gdyż poza wybrzeżnemi wydmami ciągnął się tam wąski pas torfowisk. Torf tam leżał dziewięciometrowym pokładem. Pod torfem zaś był szczery, czysty, złoty piasek, taki sam, jak w kunach przymorskich, tylko, oczywiście, starszy od tych wydm o kilkadziesiąt, czy kilkaset stuleci. Kto go tam wie!...
— I cóż ten doktór?
— Ten doktór Baryka sprowadził sobie morzem z Ameryki przez Gdańsk jakąś ogromną i cudaczną maszynę, która za jednym zamachem wybiera i odkłada