Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— »Rozruch rewolucyjny«... — rozjątrzył się Cezary.
— No, niech tam będzie, jak chcesz. Nazywajmy to najbardziej głośnemi tytułami. Tamten człowiek ukończył medycynę i zaczął nawet praktykę. A miał ci jakieś niesłychane, własne środki lecznicze... Ale o tem potem...
— Wszystko trzeba pokolei powiedzieć...
— Najprzód, co najważniejsze. Otóż ten Baryka rzucił, wyobraź sobie, medycynę i wszelkie wynalazki swoje w tej dziedzinie. Wyjechał z Warszawy...
— A to w tej jakiejś Warszawie... — z rozczarowaniem szepnął młokos.
— W Warszawie. Ów Baryka udał się nad Morze Bałtyckie i tam długo chodził po wybrzeżach, oglądając piaszczyste góry nadmorskie, duny, zaspy lotne, conajbardziej sypkie i zwiewne.
— Pocóż mu to było potrzebne?
— Zaraz! Począł skupować od właścicieli prywatnych takie duny, najbardziej nieużyteczne, nie porośnięte nawet trawą nadmorską, gdzie nawet wrona nie przysiądzie i mewa nie ma z czego gniazda ukręcić. Ludzie pozbywali się tych nieużytków i pustek, uszczęśliwieni, że znalazł się głuptasek, który za nie płaci gotowym pieniądzem, — zwłaszcza, że to było w czasie, kiedy Niemcy na skutek pogłosek o przyłączeniu części wybrzeża do Polski, na gwałt wyzbywali się wszelkiej własności w tamtych okolicach. Naszemu doktorowi udało się skupić w jednem miejscu wielki kawał wybrzeża, zasypanego piaskiem, litym na kilometry, w głąb kraju i na ogromnej prze-