Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wędrowców, przemierzających równiny Rosyi niezmierzonej.




— Dlatego do Polski, — mówił, — że tam się zaczęła nowa cywilizacya.
— Jakaż to?
— A no posłuchaj, jaka...
— Słucham.
— Narodził się był w Polsce człowiek jeden, a nazywa się taksamo, jak my obaj — Baryka — człowiek genialny.
— Co znowu! nic mi nigdy o tem nie mówiłeś. Cóż to za jeden? Krewny?
— A właśnie, że tak. Tak się nazywa — Baryka. Ja ci wielu rzeczy o sobie nie mówiłem, bom ja się teraz bardzo zmienił, i nie chciałbym cię sobą drażnić. Dawniej byłem zupełnie inny, a teraz jestem zupełnie inny. Innego znałeś ojca w dzieciństwie, a innego widzisz teraz. Taki to los. Za pobytu w kraju, na wojnie i w legionach do gruntu się zmieniłem. Jakby kto moją duszę na nice wywrócił. Ale nie o tem teraz mowa.
— Cóż ten Baryka?
— Człowiek ten już za pobytu w szkołach zdradzał zdolności niesłychane. Zwłaszcza w dziedzinie matematyki. Ale gdy skończył szkołę średnią, gimnazyum, poszedł na medycynę.
— To i mnie tatko zawsze podsuwał medycynę, gdym jeszcze był sztubakiem w trzeciej klasie...
— Tak. Pragnąłem, żebyś został lekarzem. Ale nie udało się. Wojna, rozruch rewolucyjny...