Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zumiejący rosyjskiego języka. Następny za nimi pasażer był śpiochem, który tylko czasem budził się, żeby się przeraźliwie wyziewać, — i znowu zasypiał. Inni mieszkańcy tego ruchomego więzienia gotowali strawę, baby niańczyły chore i płaczące dzieci, chłopi staczali pomiędzy sobą zażarte kłótnie, grali w karty, śpiewali. Upewniwszy się co do obojętności, albo nieszkodliwości sąsiadów, ojciec i syn zaczęli mówić po polsku.
Polszczyzna Cezarego była nieco zawiana rosyjskim nalotem, lecz mimo to dobra i gładka. Mówił tym językiem chętnie, żeby ojcu sprawić przyjemność. Niejednokrotnie, w ciągu długich rozmów Cezary zapytywał ojca, co z nimi będzie potem.
Rozumiał, że jadą teraz do walizki, ale potem? Rozumiał, że zobaczą rewolucyę w jej samem sednie, u źródła, w gnieździe władzy, — ale co potem? Co będzie z nami? Dokąd się udamy?
— Do Polski — odpowiadał Seweryn.
— Po co?
Stary długo odkładał odpowiedź, obiecując dać ją później.
Wreszcie, na jednym z postojów, ciągnących się tak długo, iż tracili nadzieję, czy kiedy odjazd nastąpi, leżąc przytuleni do siebie dla ciepła, jakby byli jednem ciałem, ojciec Baryka zaczął dawać odpowiedź, dla czego mają do Polski podążać. W wagonie było powietrze tak zepsute i ciężkie, iż Seweryn był niby owa wieszczka grecka, której trójnóg znajdował się nad szczeliną, wydzielającą gazy odurzające. Mówił z przymkniętemi oczyma w odurzeniu od trującego zaduchu