Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zgoła nie wiadomo. Rozpacz nieszczęsnej kobiety przechodziła wszelkie granice.




Nie tu jednak były granice, a nawet nie tutaj jeszcze było państwo rozpaczy. Nasunęło się to państwo wielkie i dzikie, niewiarogodne i niepojęte, jakoby zagon tabunów tatarskich z przestworów Rosyi i z czasu. Jednego dnia rozeszła się w mieście Baku lotem błyskawicy wieść: — rewolucya! Co znaczyło w praktyce owo słowo, nikt objaśnić nie umiał, a gdy było najmądrzejszego poprosić o wyjaśnienie, napewno orzekł coś innego, niż poprzedni znawca, i co innego, niż jego następca. Jeżeli kto wiedział cokolwiek realnego o istocie rewolucyi, to chyba tylko sam Cezary Baryka, gdyż on to ją właśnie z miejsca wszczynał. Przedewszystkiem, zdawna już słysząc, że jest gdzieś jakaś rewolucya, przestał »uczęszczać« do swej ósmej klasy. Wraz z nim co gorliwsi wyznawcy jego sposobu myślenia i postępowania. Nadto, — przebrał się po cywilnemu. Niezupełnie zresztą: czapka uczniowska bez palmy, marynarka cywilna. Gdy zaś dyrektor gimnazyum, spotkawszy go na mieście, w najniewinniejszej myśli zapytał, czemu to paraduje po cywilnemu, w czapce na bakier i ze szpicrutą, — »trostoczkoj«, — w ręku, Cezarek tąż szpicrutą, — »trostoczkoj« — wymierzył dyrektorowi w sensie odpowiedzi dwa zdawna zbiorowo wyśnione indywidualne ciosy: jeden w prawe ucho, a następnie drugi w lewe. Zbiegowisko uliczne nie stanęło po stronie pokrzywdzonego dyrektora, lecz właśnie po stronie napastnika Baryki. Cezary odszedł spo-