Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kojnie do domu, otoczony aureolą, niosąc w ręku sławną odtąd »trostoczkę«. Skoro zaś dyrektor gimnazyum, zwoławszy radę pedagogiczną, wydalił Cezarego Barykę z tej szkoły, ze wszystkich innych gimnazyów bakińskich i ze wszystkich szkół w państwie, gdyż zalecił go do tak zwanego »wilczego biletu«, — to był to akt najzupełniej nieszkodliwy, gdyż Cezary Baryka nie kwapił się już do żadnej szkoły w tem państwie. Inne mu już wiatry świstały koło uszu. Ani podsądny, ani członkowie karzącego ciała niewiele przywiązywali wagi do wyroku. Obity zwierzchnik zaskarżył wychowańca do sądu. Lecz nim nadszedł termin powołania napastnika przed kratki, jakieś tajemnicze siły tłukły co noc szyby w mieszkaniu dyrektora gimnazyum, nie pozostawiając ani jednej, — mazały dziegciem i innemi źle woniejącymi merkaptanami drzwi, schody i ściany jego willi, — wrzucały mu do gabinetu przez dziury w oknach zdechłe szczury, urządzały pode drzwiami kocie muzyki i wszelkie inne żakowskie psikusy. Policya? Policya stała się w tej dobie czynnikiem przedziwnie ospałym. Nie mogła żadną miarą pochwycić i ukarać złoczyńców. Możnaby powiedzieć, iż sromotnie przed nimi tchórzyła, jak zresztą wszyscy w mieście. Któż mógł wiedzieć, czy to w ten sposób nie objawia swej potęgi rewolucya, tak groźna i wszechwładna na północy państwa. Tej zaś nowej sile naczelnej policya nie chciała się narażać.
Przez czas dość długi w mieście Baku było głucho, martwo i nudno. Wszystko jeszcze podawnemu ruszało się i łaziło, ale niesłychanie ospale, niemrawo, z rezerwą, a nawet jawną perfidyą. Nie mogło być ina-