Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/343

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Bilardu nie mam, — z powagą odpowiedział Jarzymski — ale zato mam radę dla tych, którym, się chce grać, a nie mają na czem. Niech zdejmą mundury, odepną pióra, obszyją sobie czapki suknem zamiast baranka i zapiszą się u drugiego porucznika na szeregowych. Przynajmniej nie będą mieli prawa pchać się do resursy i zabierać miejsca.
— Racya! — zawołał ktoś z tłumu: — braknie właśnie poczty do obrządzenia koni tylu wodzów.
— To też zacznij awans od siebie i idź obrządzić mojego wałacha... — odciął się tamten.
— Czemu nie, jeśli o to chodzi, żeby pokazać, jaki z ciebie hołysz, skoro cię nie stać nawet na najem parobka?
— Cicho, cicho, wodzowie!... — uspokajał Jarzymski. — Niema o co! Teraz żołnierze doprawdy lepiej się odznaczają, niż dowódcy. Wspomnijcie sobie tylko Wosińskiego i Częstochowę.
— Ba! nie zawsze się ma do czynienia z Niemcem tak tchórzliwym, jak ten komendant Częstochowy. Wspomnijcie sobie tylko Tarnowskie Góry!
— Cha-cha, ma racyę! To prawda — wołano naokół.
— Słuchajcie — rzekł Jarzymski, uroczyście podnosząc rękę. — Mam nowe wieści. Ale naprzód... Daj-no mi, Pescary, kieliszek. Chcę wypić zdrowie starego Wosińskiego.
— Niech żyje! — huknął cały tłum.
— Takich nam!
— Bić Niemca!
— No, jak w tym wypadku, to chyba sztuką