Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

tu młodzieży tęgiej, dostatniej, kupę... Patrzcie, koledzy, na mnie! Miesiąc trwa ruchawka, a ja już jestem kapitanem i komendantem placu.
— Tak... To bardzo szczęśliwie...
— Rozumie się, że szczęśliwie. Mam tu krewnych, moja to jest okolica, wobec czego...
— Ułatwiono ci... — mruknął Olbromski.
— A vrai dire... — tłómaczył się Jarzymski z miną skupioną i poważną — właściwie, mój drogi, czego kto silnie pragnie, to osiąga napewno, dołożywszy starania. Otoczeniu mogłoby się wydawać, że ja po prostu sam się mianowałem, ale tak nie jest, bo mianował mię Męciński, rotmistrz, dowódca pospolitego ruszenia tej części województwa krakowskiego. Czas jest gorący, nagły. Kraj potrzebuje ludzi, a tu brak zupełny. Trzeba, było pychę z serca złożyć, porzucić miękkie szaty, iść na służbę, przyłożyć ręki...
— Co do mnie... nie wiem, jak tam Rafał... — rzekł raptem Cedro, cały czerwony i ze spuszczonemi oczyma — ja... postanowiłem dosługiwać się stopni od najprostszego kanoniera.
— A!
— Nic nie umiem, więc jakżebym mógł być oficerem? Nawet nie mówię o wyższych stopniach...
— A chyba, że waćpan nic nie umiesz... — odpalił z miejsca Jarzymski — to co innego. Ja sądziłem... Jeżeli się nic nie umie, ha! w takim razie trudno rzeczywiście zaczynać od czego innego, tylko od najprostszego kanoniera.
— Tak. Ja postanowiłem, że będę słuchał rozkazu — i basta.