Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Teraz tu, podobno, u was chodzi, kto chce: są Niemcy, są Francuzy. Co kto lubi...
— Jo... trafiają się rozmaici... Co kto lubi. Śmiesznie to powiedzieli...
— A któż, u dyabła, teraz panuje nad tym waszym Śląskiem?
Gospodarz rozejrzał się chytrze, pyknął kilkakroć ze swej fajeczki i rzekł wesoło:
— Kto ich wie. Panuje kto chce, a tak sprawnie, jakby żadnego nie było.
— O bitwie jakiej nie słychać?
— Co niema być słychać? Gonią się z miejsca na miejsce.
— Któż kogo?
— Trudno wiedzieć. Ale tak cości miarkujem, że nasz Niemiec po wsiach nierad siedzi. Woli w mieście. A już najprędzej ku takiemu ślusuje, gdzie garnizon i festung.
— Patrzajcież!
— Byłem ta wczoraj w kościele, w Tarnowskich Górach. Wyszlimy po sumie, słyszymy a tu tumult, za miastem strzelają, aże szyby w kościele dzwoniły. Kto? co? A no lecą ludzie i gadają, że z Polski ślachta bije się z królewskiemi.
— No i cóż?
— Polecieli ludzie w Krakowską, w Lubliniecką, w Gliwicką ulicę patrzeć, ale już mało co było widać. Wyparły się wojska w pola jedne za drugiemi. Ino się za nimi po zagonach dym wlókł aże po rzekę, po Małápanew. Powiadał ta nad wieczorem jeden mieszczan, że podobno Polaków Prusaki pobiły, a zaraz potem same uciekły.