Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Moje fuchsy ta nie ostatnie, śtreka je, ale święto...
— Widzicie gospodarzu, świętowanie dobra rzecz, ale i zarobek coś znaczy.
— Jo, recht. A kieloż dadzą?
— Damy trzydzieści złotych.
— A tryngield dadzą?
— Damy.
— Jeśli wywalą nie papierkami, ino twardym pieniądzem, jeśli tryngield zaprzysięgną...
— Damy samymi niderlandzkimi talarami.
— No-no... Niechże wstąpią...
Weszli do obszernej świetlicy i powitali gospodynię, krzątającą się dokoła komina. Gospodarz był chłop młody, wesoły i kuty, widać, na cztery nogi. Z pod oka przyglądał się swym gościom, choć nie dopytywał się, co są za jedni, skąd i dokąd zdążają. Z malowanej szafy wydobył słodką gorzałkę w kolorowej karafce, chleb komiśny i piękny, masło, strucle świąteczne, ser śląski, a z komory wyniósł gąsiorek przemycanego wina. Pykał żywo z glinianej fajeczki, kłaniał się i zapraszał:
— Niechże też nie pogardzą, niechże przecie jedzą, jak za swoje pieniądze.
Rafał nie dał się prosić i tęgo zajadał. Krzysztof wypił kilka kieliszków wódki i w milczeniu żuł kawałeczek chleba z solą.
— Cóż wasze Niemcy dobrze wam się sprawiają? — rzucił Rafał zapytanie, gdy gospodarz wrócił ze stajni do stancyi, żeby się do drogi odziać.
— Niemcy? Nasze? E, jak to Niemcy...