Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dziły tony stłumione i szczególnie urocze w tem oddaleniu. Olbromski zamknął za sobą drzwi i usiadł przed ogniem. Zapadł w zadumę przesyconą wonią róż i jaśminu. Oddychał westchnieniami, które płynęły z tajemniczego zdroju na świętej górze szczęścia.
W pewnej chwili błysnęła jasność w przeciwległej ścianie. Pani Ołowska stanęła we drzwiach. Zamknęła je za sobą. Gdy wstał z fotelu przed ogniem, zajęła to miejsce i przez chwilę nieruchoma siedziała z rękoma na poręczach leżącemi bezwładnie. Ujrzał przed sobą, w słabych brzaskach światła węgli, jej twarz, szyję, ręce. Ujrzał ją przed swoją duszą. Kiedy podniosła na niego oczy, i kiedy znowu spoczął w spojrzeniu, przerwanem odejściem z sali, upadł przy niej na kolana, objął jej nogi rękoma i pozwolił płynąć nieutulonym łzom szczęścia.
Nie odtrącała go, ani się poruszyła na swem miejscu.
Dopiero nierychło, nierychło, kiedy już serce jego było spokojne i oschły łzy na powiekach, dotknęła ręką jego czoła.
Podniósł głowę.
— Spełniłam wszystko, czego chciałeś.
— Tak jest.
— Żegnam cię.
— Żegnam cię, pani.
— Przyniosłam ci ten z albumu widok alei w Grudnie. Sama go niegdyś zrobiłam... W latach moich szczęśliwych, w domu moich snów na jawie... Weź go sobie i miej na sercu. Nie przebiją go kule.
— Czy nie chcesz, żebym dziś umarł?