Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Nie.
— Czy nigdy więcej nie mam cię ujrzeć?
— Słyszę w tem pytaniu... Nie chcę powiedzieć... Idę już stąd.
— Księżniczko!
— I cóż jeszcze!
— Ciebie jedną kochałem w życiu! Wysłuchaj mię!
— Cóż chcesz, żebym jeszcze uczyniła?
— Dziś rano umrę, jeśli zechcesz... dam się w ręce dragonów. Grób zachowa tajemnicę... Na wieki, na wieki!
— Przenigdy!
— Więc kochasz kogo innego?
— Nie powiem!
— Powiedz na Boga!
— Sam wiesz najlepiej.
— Nic nie wiem.
— Byłeś i jesteś jeden. Będziesz zawsze.
Wstała i, odsunąwszy go, skierowała się ku drzwiom, któremi była weszła. Ale nim ich dosięgła, zawołał na nią cichym szeptem oszalałej rozpaczy, ślepej niedoli, niezwyciężonej miłości. Zatrzymała się u proga. Zawahała się... Potem wróciła, jęcząc cicho i gryząc zębami chustkę...
O jakiejś porze usłyszeli w pokojach na piętrze żywe, gwałtowne kroki i łoskot. Rafał wiedział, co to oznacza. Szukają go. Myślał o tem z uśmiechem, nie odrywając ust od czary swego szczęścia, nie budząc się z omdlenia. Wszystko jedno. Czy umrzeć już, czy jeszcze żyć — jednego to nie warte uśmiechu. Ale